|
|
|
|
overrated Hmmm. Znowu tutaj jestem. Przez jakiś czas zapomniałem nawet, że to miejsce istnieje. Owszem, miałem potrzebę pisania, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Dzisiaj dziwnym zbiegiem okoliczności znalazłem swój stary zeszyt-pamiętnik, jeszcze z czasów I klasy liceum. Nie mogę się nadziwić jak bardzo się od tamtej pory zmieniłem. Mnóstwo rzeczy już nie jest takie jak było, wiele marzeń zostało spełnionych, jeszcze więcej czeka na spełnienie. Mając te 16 lat myślałem, że wiem co to życie i że nie ma takiej sytuacji, w której bym sobie nie poradził. Po części nadal tak jest, bo w trudnych sytuacjach zawsze jestem opanowany i podchodzę do wszystkiego z dystansem. Najgorsze jednak, że czasami z samym sobą nie potrafię sobie poradzić. Kiedyś marzyłem o miłości. Dzisiaj zastanawiam się czy coś takiego w ogóle istnieje. Gdy ktoś zaczyna mi się bardziej podobać, wpadam w coraz większe dołki, nawet jeśli między mną, a tą osobą jest całkiem ok. Czasami zastanawiam się czy Ci wszyscy szczęśliwie zakochani tak naprawdę wierzą w swój stan. No i kwestia wolności... Dla mnie najważniejsza w tym wszystkim. Ja nie potrafię żyć z ograniczeniami, tym bardziej nie lubię, gdy ogranicza mnie ta druga osoba. Może gdy jest się zakochanym nie myśli się o ograniczeniach, jednak ja nie potrafię o tym nie myśleć. Na chwilę obecną w moim życiu najważniejsza jest muzyka, to moja największa miłość i tak już na zawsze pozostanie. Nie chcę, żeby to miejsce zajął jakikolwiek człowiek. Dziwny jestem. Olałem szkołę z góry na dół. Nie zależy mi na dobrych wynikach nauki, bo wiem, że umiem o wiele więcej niż inni. Nie wiem czy można mieć bardziej luźny stosunek do nauki niż ja mam. Pakuję się w niemałe kłopoty przez swoje nastawienie, ale jakoś się tym nie przejmuję. Idę dalej przed siebie. Siedząc na zajęciach czuję, że mój rozwój stanął w miejscu. Wykładowcy zamiast uczyć nas praktycznych rzeczy, wciskają nam durne bzdety, które nigdy w życiu nam się nie przydadzą. Zresztą szkoła nie jest najważniejsza. Zamiast marzyć o wielkiej miłości, dobrej pracy, dużej ilości kasy w portfelu ja marzę o tym, by znaleźć sens tego wszystkiego. Może mój błąd polega na tym, że w ogóle go szukam ? Chciałbym przestać wegetować, a zacząć żyć. Chcę zmienić coś w swoim życiu. Muszę odgrzebać stare marzenia, cele, które zostały przytłoczone przez moją chorobę. Być może niedługo uda mi się wyjść na prostą? Być może kiedyś będę mógł powiedzieć, że po prostu ŻYJĘ? Jest tak wielu ludzi, którzy na siłę starają się być inni, oryginalni i ta chęć przysłania im swoje prawdziwe ja. Ja chcę być normalny, taki jak większość ludzi na tym świecie. Cieszyć się z małych rzeczy, przejmować życiowymi niepowodzeniami, umieć kochać i być kochanym i kilka innych normalnych rzeczy. U mnie wszystko jest na odwrót, tak od zawsze. I jak tu nie zgłupieć ? A może wreszcie uwierzyć, że to tylko chemia mózgu płata czasami takie figle? Tylko, że niełatwo jest się z tym pogodzić... Czasami dochodzę do wniosku, że moje miejsce jest w szpitalu dla obłąkanych. Tam przynajmniej czułem się normalny, taki jak wszyscy inni, którzy inaczej postrzegają świat. Tylko, że ta normalność była wypaczona, złudna i niebezpieczna. Można się od niej uzależnić i zrezygnować z prawdziwie normalnego życia na rzecz utopijnego świata swoich myśli, lęków i chorych emocji. Tak więc chcę być prawdziwie normalny. Może kiedyś mi się to uda... skomentuj (3) Powstało:2007-06-04 niech żyją PRLowskie syrenki! Jedyne słowo, które ostatnio mam w głowie to: bankrut, bankrut, bankrut. Jeśli w takim tempie będę nadal wydawał pieniądze na płyty to niedługo będę mógł powoli wynosić się pod most nad Wisłokiem. Jadł będę opakowania z zakupionych CD:/ Tak czy inaczej nie żałuję żadnej złotówki wydanej na muzykę. Mogę chodzić w byle szmatach, ale kasa na CD zawsze się znajdzie. Co u mnie? Hmm, sesja już za mną, oczywiście wszystko ładnie zaliczone, tylko jedna poprawka z gramatyki opisowej, ale i tak zaliczona na +4, więc jestem z siebie dumny. Niektórzy ludzie krzywo się na mnie patrzyli, że z moją frekwencją tak gładko mi poszło, bo są osoby, które nie opuściły ani jednego dnia w szkole a miały po 4 poprawki, a taki Piotruś, który szkołę odwiedzał w przerwach między szpitalem, a innymi akcjami poradził sobie ze wszystkim na czas. Jestem zajebisty. Mateusz. No właśnie. Z Mateuszem koniec. Podjąłem dobrą decyzję. Po co ma się chłopak jeszcze bardziej angażować skoro ja nic do niego nie czułem poza czystą sympatią. Jemu zależało (i ciągle zależy) na mnie, zrobiłby dla mnie wszystko, ale co z tego, skoro byłoby to nieodwzajemnione? Nie potrafię oszukiwać ludzi, którzy darzą mnie jakimś uczuciem. Zawsze byłem szczery wobec siebie i innych i tak pozostanie. Mam 2 tygodnie ferii. O 2 tygodnie za dużo, boję się, że zacznę myśleć o głupotach, ale na razie jest w miarę ok., zaliczyłem nawet jedną imprezę i oczywiście musiałem wracać z Niunią na piechotę, bo nikt nie chciał nas zawieźć do domu. Było zajebiście, chociaż trochę grozą wiało, bo istniało zagrożenie, że zostaniemy pogryzieni przez wściekłe lisy, które grasowały w pobliskich lasach. W drodze na imprezę widzieliśmy aż 4, więc wracaliśmy przez ten las z kisielem w majtach. Nie przeżyłbym tego wstydu gdyby ludzie dowiedzieli się, że pogryzły nas lisy i że w ogóle wracaliśmy na piechotę 8 km. Jestem snobem, wiem. Muszę znów zacząć dbać o swój wygląd, bo znów żrę jak opętany. To pewnie przez leki, bo z tego co mi wiadomo stabilizatory nastroju zwiększają łaknienie. No ładnie. Po feriach wracam na siłownie, a do szkoły będę pomykał rowerkiem. Chociaż nie… Wolę łapać stopa, zawsze to ktoś sympatyczny się zatrzyma, najlepiej gdy tym kimś sympatycznym jest jakiś chłopak. Zdarzają się przypadki, że jadę z takimi fajnymi gośćmi, że tylko zakochać się i umrzeć z miłości, ale czasami, tak jak ostatnio, zatrzymują się starsi panowie po 50tce. O ile żaden z tych młodych przystojnych chłopaków nie okazał się gejem, tak właśnie jeden z tych panów po 50tce najwyraźniej przejawiał takie skłonności, gdyż po jakichś 20 minutach przesłuchania na temat mojego życia zaczął do mnie mówić „Piotruś” a na pożegnanie złapał mnie za kolano i wyszczerzył zęby tak jakby miał ochotę mnie zjeść. Myślałem, że umrę w tym samochodzie. Tak czy inaczej, głowa do góry, nie poddaję się, ciągle wierzę, że znajdę swoją miłość w PRLowskiej syrence, która będzie gnała z zabójczą prędkością przez podkarpackie lasy, a wszystkie cioty będą mi zazdrościły, że wożę swoją jakże zajebistą dupę takim cudeńkiem. Echhh, rozpływam się w marzeniach. Tak poważnie to ostatnio mam pewne wątpliwości co do jednego z kelnerów w pewnym barze, do którego często wpadam zapalić i zjeść frytki (już więcej nie jem, to przez Sławka, on żre jak wieprz a wygląda jak Brad Pitt). Ostatnio dziwnie się na mnie patrzył. W sumie nie dziwię się, wyglądałem bardzo korzystnie i sam bym się ze sobą przespał, I’m kidding of course. Kogoś kto wyglądałby tak jak ja nie dotknąłbym nawet kutasem Sławka. Whatever. Ten kelner/barman jest całkiem fajny i tak jakoś się do mnie uśmiecha. Hmmm. Muszę się dowiedzieć czy ma syrenkę. Ok., jebie mi z lekka. Pozdrowienia z pokrytego białym gównem Podkarpacia!!!! skomentuj (4) Powstało:2007-02-11 w pełni usprawiedliwiony (?) Jestem pierdolnięty... Powinienem teraz wertować notatki z gramatyki opisowej, sikając ze strachu przed piątkowym zaliczeniem, ale, ze względu na to, że lubię adrenalinkę, wszystko zostawiam na ostatnią chwilę, czyli jutro... I już widzę, jak będę wyklinał wszystko co mi stanie na drodze, i już widzę, jak w myślach będę klął na samego siebie, że wcześniej nie raczyłem podnieść mojego zajebistego tyłka i wziąć się do nauki. Obok gra Destiny's Child płyta 'This Is The Remix' [2002]. Ostatnio mam dziwne jazdy na wszelkiego rodzaju remixy, zarówno te dyskotekowe jak i te, które sam nie wiem jak określić, ale generalnie są zajebiste hehehe. W zasadzie wszystko ostatnio jest w miarę ok, nie jest zbyt dobrze, ani też jakoś tragicznie źle. Pewnie to zasługa stabilizatora nastroju, którego przyjmuję od kilku tygodni. Nie mam już napadów furii i histerycznego płaczu, nie mam napadów myśli autodestrukcyjnych, ani tym bardziej nie zmieniam zdania co chwilę np. czy pierdolić tą szkołę czy też może nie? Współczuję wszystkim, którzy muszą znosić (i znoszą!) moje chore nastroje. Głęboko wierzę, że niedługo wyjdę na prostą. Wczoraj pierwszy raz od ponad 1,5 miesiąca oglądałem TV. Dla mnie to sukces, bo przecież ostatnio miałem ciągły lęk przed TV, a konkretnie przed różnego rodzaju brutalnymi filmami, wiadomościami i mrocznymi reportażami (np. o matkach, które topią swoje dzieci w okolicznym jeziorze, po czym same wieszają się w szafie:/). Obejrzenie tego typu programów/filmów powodowało wzrost moich chorych, pseudo-psychopatycznych natręctw myślowych. Identyfikowałem się ( i nadal po części identyfikuję ) z wszelkiej maści kryminalistami, mordercami, pedofilami czy też samobójcami. Nadal odczuwam lęk przed planowaniem czegokolwiek, bo w mojej chorej łepetynie mam zakodowane: 'Po co planować, skoro pewnie niedługo rzucisz się pod TIRa' lub 'Po co planować, skoro niedługo zabijesz swoją matkę i siostrę i wsadzą Cię do końca życia do więzienia'. Najlepszą metodą na oderwanie się od tych natręctw myślowych jest posiadanie jakiegoś zajęcia, które mogłoby choć na chwilę skierować moją uwagę na sprawy bardziej przyziemne i mniej psychotyczno-psychopatyczne. Jeszcze kilka miesięcy temu twierdziłem, że nie ma gorszego objawy depresyjno-nerwicowego jak codzienne 'zawały serca', jakiś rok temu twierdziłem, że nie ma nic gorszego niż permanentne problemy z oddychaniem (świadome kontrolowanie oddechu, bo przecież gdy go nie kontroluję, to mogę się udusić - ot, moje spaczone rozumowanie), teraz z kolei uważam, że nie ma nic gorszego jak natręctwa myślowe. Whatever. Za jakiś tydzień schodzę na Efectin, więc jest jakaś nadzieja, że to wszystko się jakoś uspokoi i mam nadzieję, że wczasy w szpitalu psychiatrycznym mnie nie czekają. Wkurwiło mnie kiedyś niemiłosiernie stwierdzenie mojego kumpla Siawka: 'Po co Ty takie silne psychotropy żresz? Przecież po Tobie nie widać żadnej choroby!!'... No tak, wg niego chory psychicznie to taki, który chodzi po ścianach, ma omamy, tudzież wizje lub przesłyszenia + do tego jest dewiantem seksualnym o skłonnościach do psychopatii. To, że mam depresję hipomaniakalną z natręctwami nie świadczy o tym, że mam non stop płakać lub cieszyć się z byle głupoty czy też myć ręce 50 razy dziennie. Przeżywałem gorsze stany i nie życzę ich żadnemu wrogowi. Fakt, nie wstydzę się swojej choroby, nawet lubię o niej rozmawiać, ale nie, żeby się chwalić swoim indywidualizmem, tylko po to, by uświadomić choć kilka osób, że ludzie z problemami natury psychicznej są wszędzie, choć czasami nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie podejrzewamy, że nasz/nasza kolega/koleżanka, może cierpieć na chorobę afektywną dwubiegunową, zaburzenia nerwicowe, schizofrenię czy niby powszechną depresję, opacznie rozumianą jako kilkudniowy dołek. Masakra, jakie ja złożone zdania piszę. Kolejne natręctwo pewnie hehe. Jutro od rana będę siedział z nosem w notatkach, inaczej mogę się pożegnać z moją jakże prestiżową uczelnią buahaha. Za jakieś 2,5 godziny przyjedzie mój Mateusz. No oficjalnie już mój, choć ja non stop myślę, że taki zajebisty gość jak ja może mieć każdego. Mniemanie o sobie to ja mam, wiem. Mów mi Narcyz. Wg siebie jestem brzydki jak noc, w dodatku mam krzywe palce u rąk oraz masakrycznie wyglądający nos:/ Nic jednak nie poradzę, że każdy facet, który mnie spotyka twierdzi, że jestem zajebisty. Ja wtedy popadam w samouwielbienie i przez jakiś czas przeżywam stany hipomaniakalne, czego rezultatem jest to, że bardzo często 'koleguję się' z nowo poznanymi facetami. A teraz chuj, bo jest Mateusz. Ja mu od początku mówiłem: 'Trzymaj się chłopie ode mnie z daleka. Możemy się gzić ile chcesz, ale błagam nie zakochuj się we mnie, bo ja jestem okropny i zdradzę Cię z byle kim'. On twierdzi, że jestem zbyt zajebisty, żeby go zdradzić. Hmmmm, gdy z nim jestem jest mi dobrze, czasami nawet bardzo dobrze. Rozumie mnie, wspiera i jest jakoś tak słodząco-miodząco-pierdząco, jednak mi jak zwykle coś nie pasuje. Normalny człowiek, a przynajmniej 'normalna' ciota, tudzież 'normalny' pedał cieszyliby się z takiego obrotu spraw, a ja sam nie wiem czego chcę. Jednego dnia tulę się do niego i czuję, że to 'ten jedyny', a kolejnego dnia łapiąc stopa wyobrażam sobie jak fajnie by było gdyby zatrzymał mi się jakiś niewyżyty facet i zgwałcił mnie (lub ja jego) w tych krzakach, w drodze do mojego prestiżowego uniwersytetu.Czasami jestem wygodny i tłumaczę się przed samym sobą, że niestabilność uczuciowa to przecież jeden z objawów mojej choroby, ale szczerze to wszystko zależy ode mnie nie od choroby. Taka prawda. Dostałem jakichś herzklekotów, więc idę się położyć. Pozdro skomentuj (4) Powstało:2007-01-24 those anythings... Been a long time... Racja, dużo czasu minęło odkąd ostatni raz tutaj pisałem. Siedzę sobie w moim ciepłym pokoju, sączę rumowe cappuccino i słucham Brandy. Akurat leci mój ulubiony 'Focus'. Nie będę robił żadnego podsumowania. Nie chce mi się, a z drugiej strony po co? W Nowy Rok i tak wkraczam z nadzieją, która niby zanika, ale jeden słaby promyk jeszcze jaśnieje, więc może? Nic nie planuję. Boję się planować, nawet następnego dnia. Od 2 tygodni żyję spontanicznie nic nie planując. W moim przypadku planowanie jest niewskazane, podobnie jak myślenie, rozpamiętywanie i kilka innych metafizycznych jazd. Być może rozpocząłem nowy rozdział w moim życiu, być może to tylko ciąg dalszy tego co zaczęło się w połowie 2005 roku...Nie wiem. Już nie wiem czy to ja sam czy moja psychika funduje mi takie niespodzianki, duże kopniaki w tyłek, bez zastanowienia, bez uprzedzania. Wina leży po środku, a może nawet bardziej po mojej stronie, bo przecież psychiką można umiejętnie sterować. Trzeba tylko przewodnika, psychoterapeutę, który umiałby wzniecić ten gasnący promyk nadziei i może moja niewidzialna, ale odczuwalna przyjaciółka psychika dałaby sobą trochę posterować. Podobno czas leczy rany. Gówno prawda, czas tylko pozwala nam nauczyć się z nimi żyć. O ile tą ranę wyrządził nam inny człowiek to można sobie z tym poradzić. Czasami łatwiej, czasami trudniej, ale da się. Gorzej z ranami i siniakami psychicznymi, które wyrządzamy sobie sami. Czasami świadomie, czasami zupełnie nieświadomie. 30 Listopada, czwartek. Znajomość rozkwita. Nadal nie czuję obecności nowych znajomych w moim mózgu. Cieszę się. Wieczór. Pierwsze spojrzenie, pocałunek w policzek, rozmowa - tak jakbyśmy nie widzieli się kilka lat, a przecież to dopiero pierwszy raz. U mnie w domu - miło, ciepło, ciekawie, trochę śmiechu, wygłupów. Cieszyłem się, że ją widzę. 1 Grudnia, piątek. Postanowiłem nie iść na zajęcia. Czułem się dobrze. Chciałem dotrzymać obietnicy, obejrzeć razem z nią 'Evitę'. Godzina 11 - coś we mnie pękło. Miliony czarnych myśli, znajomy lęk i wszechogarniający niepokój. 2-3 godziny później już po wszystkim. Nie, nie chciałem się zabić. 11 tabletek zwymiotowałem (z pomocą mamy) do wanny. Nie chciałem się zabić. Chciałem tylko przestać myśleć, uwolnić się od lęku, niepokoju. Potrzebowałem pomocy. Film urwał mi się po 15. 2 Grudnia, sobota. Pamiętam ten dzień jak przez mgłę. Mama zapłakana, ja snuję się po domu jak widmo, nie czuję nic - ani wstydu, ani żalu, nic. Nie pamiętam nawet czy wychodziłem z domu, czy spałem… O wszystko pytam Miśkę, dowiadując się kolejnych rzeczy. 3 Grudnia, niedziela Mama zła, nie dziwię się jej. Straciła do mnie zaufanie, nie dziwię się jej wcale. Wszystkie leki pochowała, a te bardziej niebezpieczne spaliła. Z tego dnia pamiętam tylko popołudnie. Pierwszy raz się popłakałem przy Miśce. Natręctwa samobójcze były tak silne, że nie miałem siły, płakałem jakiś czas. Co było dalej nie pamiętam. 4 Grudnia, poniedziałek Ten dzień pamiętam doskonale. Rano podjąłem decyzję. Powiedziałem o wszystkim Miśce, poparła mnie. Mamie nie bardzo odpowiadała moja wola hospitalizacji. Bała się, że w szpitalu psychiatrycznym zrobią ze mnie już kompletnego czubka, że będą mnie faszerować lekami, po których nie będę wiedział jak mam na imię. Bałem się samego siebie i powiedziałem mamie, że tak będzie najlepiej gdy zostanę w szpitalu. Pożegnałem się z Miśką. Przez jeszcze jakieś pół godziny trzymało mnie poczucie winy, że musiała to wszystko oglądać, być świadkiem moich odchyłów. Czekając z mamą na autobus na przystanku zobaczyłem, że zbliża się w naszym kierunku Kaśka. Rozmawiałem z nią normalnie jakby nigdy nic. Mówiła coś o jakimś projekcie czy mam zrobiony. Nie obchodziło mnie to, delikatnie powiedziałem, że jakiś czas nie będzie mnie w szkole. Szpital: Czekałem na przyjęcie ponad 2 godziny. Trochę formalności, papierków, rozmowa z moją psycholog, później wywiady z 2 psychiatrami i załatwione. Niestety nie było wolnych miejsc na oddziale nerwic oraz na detoksykacyjnym, więc musiałem zostać na zamkniętym. Mama była przerażona, ja trochę też, ale okazało się, że nie miałem się czego bać. Grzecznie oddałem wszystkie niebezpieczne przedmioty: widelec, nóż, pasek. Moje ciuchy zostały spakowane do jakiegoś białego worka z moim nazwiskiem. Sanitariusz rozmawiał ze mną jakbym był jakiś niedorozwinięty. Ostrzegał mnie przed niektórymi pacjentami. W ogóle się ich nie bałem, najbardziej bałem się samego siebie. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mamy gdy wychodziła z oddziału. Płakaliśmy obydwoje jak dzieci. Ona w obawie o mój stan, ja z poczucia winy. Ludzie na oddziale byli nieźle zakręceni, ale znośni. Nawet z tzw. ciężkimi przypadkami nawiązałem kontakt. Na sali byłem z innym niedoszłym samobójcą po psychozie alkoholowej oraz z jakimś 19letnim mordercą. Nie wiem dlaczego ja się takich ludzi nie boję. Rozmawiałem z nim jakbyśmy się znali parę dobrych lat. Wrażliwy chłopak, który nie potrafił poradzić sobie z własnymi problemami i wpakował się w nieodpowiednie towarzystwo. Oprócz moich współlokatorów nawiązałem dość dobry kontakt z dwubiegunowcem oraz z jedną schizofreniczką, która non stop pytała o moją dziewczynę, czy piję z nią ‘napoje wiśniowe’… Po 4 dniach na zamkniętym mój stan zaczął się polepszać. Do tego stopnia, że odważyłem się oglądać TV. Wtedy było to dla mnie duże wyzwanie. Był nawet Mikołaj z prezentami, nawet tam. Koleżanka schizo dostała 2 paczki fajek. Nikogo z pacjentów nie częstowała, tylko mnie. Czułem się wyróżniony i poopowiadałem jej o ‘mojej dziewczynie’… Przenieśli mnie po 5 dniach na detoksykacyjny. Tam czułem się jakbym był na wczasach na Karaibach. Wszyscy wydawali się zdrowi przynajmniej z wyglądu. Żadnych narkomanów, schizo. Były tylko osoby z ciężkimi depresjami, alkoholicy, jedna z dwubiegunówką. Atmosfera jak w jednej wielkiej rodzinie. Odwiedził mnie Mariusz. Nie mógł się nadziwić, że ‘tu tak normalnie jest’. Czułem się coraz lepiej. Pielęgniarki przyglądały się mi czy czasami nie mam manii po lekach. Na szczęście nie miałem. Musiałbym tam siedzieć jeszcze dobre kilka tygodni. Wyszedłem po 2 tygodniach. Przeżyłem szok w zderzeniu z rzeczywistością. W szkole większość ludzi wie, że byłem w psychiatryku. Nic się nie zmieniło w relacjach między nami, dla nich to zupełnie normalne, że ludzie potrzebują pomocy nie tylko w chorobie nadciśnieniowej czy nowotworach, ale również w chorobach psychicznych. Kiedyś nawet żartowaliśmy, że w razie gdyby mnie chcieli wyrzucić ze szkoły to zacznę ‘szaleć’ i się mnie przestraszą, więc nie wyrzucą, żeby się mi nie pogorszyło hehe. Jak jest teraz? Szczerze to różnie. Duże huśtawki nastrojów, napady lęku przed samym sobą, natręctwa samobójcze nadal się utrzymują. Znów dostałem koleżankę Sertralinę. Mam ją łączyć z koleżanką Klomipraminą, której i tak zażywam końską dawkę. Zacznę dopiero na feriach, nie chcę mieć teraz nowych cyrków przed sesją. Spotykam się z Mateuszem. On wie o mojej chorobie, o szpitalu powiem mu dzisiaj. Powiedziałem, że ze mną jest ciężko wytrzymać, bo ja zmieniam zdanie co 10minut, a wahania mojego nastroju są tak ogromne, że ja sam ich nie wytrzymuję a co dopiero inni ludzie. On twierdzi, że nic nie poradzi na to, że „taki zajebisty” jestem. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może ze mną wytrzyma? Ciekaw jestem. skomentuj (2) Powstało:2007-01-06 back in the day I się zaczęło. I dobrze, nawet bardzo dobrze. Wreszcie mam jakieś zajęcie i mniej czasu na myślenie. Póki co jako takiej nauki nie ma, ale cieszę się, że już chodzę na uczelnię i zdobywam wiedzę:) Owszem, czasami jest lepiej lub gorzej, ale jakoś daję radę. Najgorsze są wieczory, wtedy nachodzą mnie te dziwne skojarzenia i takie bardzo nieprzyjemne flashbacki tego co się kiedyś ze mną działo. wtedy robię wszystko byleby o tym nie myśleć, jakoś mi to nawet idzie. W szkole jest ok, bo tam i tak non stop się z czegoś/kogoś śmieję i ogólnie jestem w dobrym humorze. Jestem jedynie zawiedziony faktem, że na I roku nie ma żadnych ciekawych chłopaków, na nikim w tej szkole nie da się oka zawiesić, ale z drugiej strony to nawet lepiej. Po co mam sobie wkręcać jakieś nowe jazdy później i dochodzić do tych samych wniosków co zawsze, czyli: gej czy nie gej ja i tak nie nadaję się do bycia z kimkolwiek. I kolejny raz spytany przez jednego z moich kumpli o moją orientację (kiedyś zaczęliśmy tę rozmowę, ale nie skończylismy jej) ja zastanawiam się co powiedzieć. Nie jestem 100% gejem, bi tak średnio, hetero to już w ogóle. Takie jebane rozdarcie, sam nie wiem kogo/czego się czepić. Zresztą z moim egoistycznym podejściem do uczuć czy moich potrzeb to i tak nie byłbym w stanie być ani z facetem, ani tym bardziej z kobietą. Masakra, jestem gorzej skomplikowany niż matematyka w liceum (mogę nawet dawać korki w jaki sposób dostać 2 na koniec by tylko przejść do następnej klasy...). Z dobrych wieści: dostałem stypendium naukowe, które nikomu się tak nie należało jak właśnie mnie i jestem z tego powodu zajebiście zadowolony:) Już dzisiaj serce mi stanęło na widok zajebistych spodni w moro... Takim oto sposobem zainwestowałem w swoją naukę... kupując owe spodnie... Pojutrze idę na wesele, wcale mi się nie chce, ale pójdę ze względu na jedzenie, które z relacji znajomej ma być zajebiste. Może przy okazji poprawię sobie czymś humor na dłuższy czas. Zobaczę. Muzycznie: ![]() Płyta bardzo dobra, może nawet zajebista. Świetnie wyprodukowana, pełna nowatorskich rozwiązań i ciekawych aranżacji. Nosiłem się już z zamiarem jej kupna, ale jakoś nie mogę się przemóc. Krążek ma bowiem jeden wielki minus... Jest nim wykonawca, Mr Timberlake . Nie mogę znieść jego falsetu i uważam, że gdyby ta płyta była wydana przez jakiegoś młodego czarnego artystę to wtedy spodobałaby mi się o wiele wiele bardziej. Popadam w zachwyt nad produkcją, poszczególnymi kawałkami, ale Justin jest jakby w oddali od tego wszystkiego. Należy mu się jednak plus za to, że nie bał się wyjść do ludzi z tak innym materiałem. Tak czy inaczej dla mnie jest naprawdę dobrze, ale zawsze jest to ale i naprawdę chcę się przekonać do osoby pana Timberlake'a, ale nie potrafię. Brakuje mi w tej płycie jeszcze jednej rzeczy: głębokich emocji, tekstów, które sprawiłyby, że miałbym łzy w oczach oraz głosu, od słuchania którego miałbym gęsią skórkę. Najlepszy kawałek z płyty wg mnie to What Goes Around/Comes Around z zajebistym Interlude. Tutaj nawet głos Justina mnie nie drażni. Godny polecenia jest też utwór tytułowy oraz My Love, LoveStoned oraz ciekawie opowiedziana historyjka w Losing My Way. W skali 0-10 daję 10, ale nie dla Justina tylko dla muzyki, która mówi sama za siebie, wspaniale broni się i świeci oślepiającym światłem w morzu gówien typu Cassie czy inne Rihanny itp... Pozostaję przy opinii, że Back To Basics Christiny jest płytą roku, a jak dla mnie to nawet jedną z lepszych płyt w ciągu kilku ostatnich lat. Do posłuchania daję: Pozdrawiam:) skomentuj (2) Powstało:2006-10-05 every day should be Valentine's Day:) witam znów po długiej przerwie. no dobra, nie obiecuję, że będę pisał częściej... ale coś czuję po kościach, że gdy tylko zacznie się nowy rok akademicki ta sytuacja się zmieni. Póki co jestem po ostatnich dwóch egzaminach: historii i literaturze UK. było lepiej niż myślałem. Z ręką na sercu przyznaję, że uczyłem się tylko jeden dzień i byłem na 70% pewien, że obleję, przynajmniej historię. Jeszcze dzień przed egzaminem pojechałem na koncert Piersi i Kukiza, wyciągnięty przez Gośkę, która dopiero co wróciła z Włoszech i już chciała gdzieś się wybrać... Od razu się zgodziłem, ale z bólem serca kolejnego dnia szedłem na te egzaminy... Na szczęście było super, bo po I: trafiłem na takie pytania, na które odpowiedzi akurat znałem a po II: można było zrzynać, że aż miło:) Miałem jeszcze to szczęście, że siedziała przede mną kujonica nr1, która pisze baaardzo dużymi i wyraźnymi literami hehehe. Żyć, nie umierać. Poza egzaminami nic ciekawego ostatnio się nie działo i w zasadzie nie mam o czym pisać, ale... Ostatnio doszedłem do pewnych bardzo ważnych i (mam nadzieję) mądrych wniosków. Wniosek nr1: bądź szczery z samym sobą i nie pozwól sobą manipulować. No właśnie, kiedyś miałem z tym problemy. Robiłem rzeczy, które nie koniecznie chciałem robić; wypowiadałem słowa, które były tak puste jak zawartość próżni, a wszystko po to, żeby Ci, którzy mnie otaczają bardziej mnie lubili, podziwiali itp. To się zmieniło gdzieś w okolicach II LO. Wtedy przeszedłem małą metamorfozę i zacząłem powoli dojrzewać, przeistaczać się w mężczyznę. Swoją nadmierną szczerością zrażałem do siebie kolejne osoby, ale najważniejsze: byłem szczery ze sobą samym:) Byłem jebanym egoistą, ale to naprawdę ważne, żeby mi też było dobrze... Zrozumiałem to w bardzo okrutny sposób w zimie tego roku, kiedy to dowiedziałem się, że wpakowałem się w depresję ze stanami hipomaniakalnymi oraz zaburzenia nerwicowe... Kiedyś może odważę się opisać to wszystko jaśniej, tylko po to, żeby się tak jakby wyspowiadać z tego co było. Po to jest ten blog. W zimie było naprawdę źle, gorzej niż mogło być, trudniej niż mogłem sobie wyobrażać... Żaden zawód miłosny, żadna porażka w pracy/szkole nie boli tak jak własna dusza. Boli tym bardziej, gdy wiesz, że wszystko wokół Ciebie jest ok i że nie masz powodu do dołków, do wmawiania sobie irracjonalnych lęków, do niszczenia samego siebie. Jednak jest coś z czym ciężko sobie poradzić: to nasz umysł, który czasami potrafi spłatać niezłego figla. Wystarczy, że zostanie zaburzona równowaga neuroprzekaźników. Jest dobrze, naprawdę dobrze, gdy znasz powód takiego stanu: śmierć bliskiej osoby, zawód miłosny, problemy ogólnie. A ja? Nie było czegoś takiego i dlatego ta choroba tak dała mi w kość. Druga rzecz, że była to choroba psychiczna i że musiałem ją leczyć psychiatrycznie... To było takie upokarzające, a jednocześnie konieczne. I co? Wyszedłem z tej walki nie tyle zwycięsko (bo tego nie mogę być pewien na 100%), ale przede wszystkim z bagażem doświadczeń i wielu prawd życiowych, do których po części doszedłem sam, a po części dzięki pomocy psychologa. Teraz wiem, że JA jestem ważny, muszę dbać o siebie tak jak tylko mogę, muszę być ostrożny, wiedzieć jakich błędów nie popełniać i przede wszystkim być szczery z samym sobą, nie robić sobie świadomie krzywdy. Czasami to trudne, ale da się zrobić:) Drugi wniosek do jakiego doszedłem to fakt, że nic tak nie pomaga jak świadomość tego, że są wokół Ciebie ludzie, których obecność bardziej lub mniej wyczuwasz, lecz, na których zawsze możesz liczyć W tym miejscu największe podziękowania i wielki respekt dla Miśki oraz dla mojej kochanej mamy, siostry i paru innych osób. Bez Was nie byłoby mnie, bez tych ciepłych słów, bez tych prostych gestów, które może nie zawsze pomagały, ale ważne, że były. Z czasem zacząłem to doceniać. Wiem, że może jeszcze być ciężko, jestem obciążony genetycznie i w dodatku z rozpoznania psychiatry wynikało, że to depresja powstała z przyczyn biologicznych, więc nota bene, może się nawracać. Teraz jednak świętuję jej remisję i jestem w stanie stanąć na obu nogach na tyle mocno, by spojrzeć wstecz i stwierdzić: cholera Piotrek, dobrze, że Cię to dopadło. Bo tak właśnie czuję, otwarły mi się oczy, zrozumiałem wiele rzeczy, doceniłem wielu ludzi, a przede wszystkim poznałem siebie tak jak tylko mogę najlepiej. No i nie boję się pracować nad sobą, ulepszać się i stawiać sobie coraz to wyższe poprzeczki. Może to tylko słowa, ale w rzeczywistości, powoli, małymi kroczkami wychodzę na prostą i nawet gdyby teraz coś się stało to już wiem, że oprócz siebie mam tych kilku wspaniałych, wspomnianych wcześniej ludzi + psychologa, psychiatrę a w ostateczności leki, które naprawdę leczą. Muszę to napisać, żeby oświecić naród: LEKI ANTYDEPRESYJNE NIE UZALEŻNIAJĄ!!! Owszem są obawy jak to dalej będzie skoro już raz mój umyśł zrobił mi tak niemiłą niespodziankę, czasami boję się, że to wszystko wróci, że znów zawali mi się świat, ale gdzieś tam głęboko w środku z lekką nutą niepewności wierzę, że będzie dobrze. No i jest muzyka, rzecz, bez której nie potrafię, nie chcę i nie będę żył. Ona mnie nie zawodzi, zawsze jest w pobliżu gdy jej potrzebuję i pomaga: czy to wyluzować się, czy też poddać się refleksjom. To tyle tytułem spowiedzi:) Jeśli chodzi o muzykę ostatnio katuję Brooke Valentine - Chain Letter oraz Sugababes - One Touch. Piękne płyty i bardzo dobra muzyka. Szkoda tylko, że Sugababes zrobiło się tak komercyjne i popowe, no ale zostały wspomnienia z ery 'One Touch', kiedy to szeregi grupy oprócz Mutyi Bueny oraz Keyshii Buchanon wspomagała również niesamowicie utalentowana Siobhan Donaghy (moja alternatywna miłość muzyczna, ale o niej kiedy indziej). Płytka to dobrze wyprodukowane R&B z elementami popu i szczyptą alternatywy, która czyni album dojrzałym. Szczególnie warte przesłuchania są utwory Overload oraz niesamowita ballada w średnim tempie Run For Cover . Oto okładka 'One Touch' : ![]() Do posłuchania: Natomiast Brooke Valentine to moje odkrycie roku 2005. Utalentowana, całkiem przyzwoicie wyglądająca, 20-letnia wokalistka z Houston, Texas. Sama napisała teksty na płytę, a w jej realizacji pomagały jej takie sławy jak Bloodshy&Avant znani z produkcji dla Madonny. Muzyka Brooke to R&B, ale na naprawdę wysokim poziomie. No i te piękne, wyciskające łzy, ballady (Dying From A Broken Heart - to wspaniałe przejście gdy śpiewa 'i'm loosing time/ i need you here with me/ don't walk away/ won't you please help me...' można się poryczeć...) + zabarwione na rockowo mieszanki z R&B (American Girl). Panna Valentine przygotowywuje już nowy album 'Physical Education', czekam niecierpliwie:)Oto okładka 'Chain Letter': ![]() A kawałki, których MUSICIE posłuchać to: Pozdrawiam :) skomentuj (4) Powstało:2006-09-14 back to basics Wreszcie ją mam:) To wspaniałe uczucie mieć w rękach to na co czekało się tak długo. Nic nie zastąpi tego dreszczyku emocji przy ściąganiu folii z płyty, a później przy słuchaniu pierwszych taktów Intro. Cała płyta Back To Basics jest po prostu cudowna!!! Przez cały dzień odkrywałem coraz to lepsze utwory. Warto było tyle czekać, choć przyznam szczerze, że obawiałem się zawartości tej płyty, a teraz... Chyba jej ołtarzyk zrobię... Jestem totalnie zakochany. W dodatku nawet ryczałem przy ostatnim utworze The Right Man ... A baaardzo dawno nie płakałem. Już tak mam, że muzyka potrafi mnie wzruszyć jak nic innego na świecie. Zresztą sami zapoznajcie się choćby z tym jednym kawałkiem, a zrozumiecie o co mi chodzi. Polecam: Understand , Oh Mother, Welcome, Candyman, Hurt oraz wspomniane The Right Man. Dzięki Christino za tak przemyślany oraz przenikliwie uzależniająco-dobry album:) ![]() skomentuj (4) Powstało:2006-08-14 |
Linki
BLOGI Archiwum
2007
|